To, co nas spotyka...


Pierwsze opowiadanie, jakie tutaj zamieszczę. ;) Zostało napisane na konkurs poświęcony twórczości ks. Twardowskiego. Zapraszam do przeczytania i czekam na Wasze opinie.
Jako tło muzyczne, polecam puścić sobie tę piosenkę: 

To, co nas spotyka...
...przychodzi spoza nas.

            Słońce powoli znikało za widnokręgiem, po raz kolejny odtwarzając swój spektakl. Za każdym razem zachodziło tak samo - powoli, majestatycznie, z gracją. Było niczym prezentująca swe uroki panna - piękne, ale nieosiągalne. Wkrótce jednak całkowicie zniknęło i  nad światem zapanowała ciemność.
            W małej, sterylnej sali szpitalnej siedziała kobieta. Jej dłoń spoczywała na ręce śpiącego mężczyzny, a wokół panowała prawie idealna cisza.
            Po twarzy kobiety spływały pojedyncze łzy. Nie miała pojęcia jak długo potrwa cała sytuacja, ale przecież przysięgała... "I, że cię nie opuszczę, aż do śmierci". Spojrzała na twarz leżącego mężczyzny i uśmiechnęła się lekko. To dopiero trzy dni. Jeszcze są duże szanse na to, że się obudzi.
            Krople deszczu zaczęły nagle z niezwykłą zaciekłością uderzać w szybę, jakby szydząc z jej myśli.
***
Dwa i pół roku później...
            Pik. Pik. Pik.
            Justyna zacisnęła pięść, po raz kolejny marząc o zbiciu tego pikającego urządzenia. Przecież to nawet świętego wyprowadziłoby z równowagi. Jedynym, co powstrzymywało ją od zdemolowania połowy szpitalnego wyposażenia była troska o życie męża. W innym wypadku...
            Spojrzała ponuro przez okno i powoli podniosła się ze swojego fotela.
            - Dzień dobry, kochanie - powiedziała cicho.
            Ale mężczyzna, pogrążony w głębokim śnie, ani myślał odpowiedzieć. Jego twarz była jak wykuta z kamienia - jej wyraz nie zmienił się od ponad dwóch lat. Był wciąż tak samo blady jak wtedy, kiedy ujrzała go po raz pierwszy, zaraz po operacji. Tyle, że wtedy jeszcze wierzyła w jakieś pozytywne zakończenie. Po tak długim czasie pozbyła się złudzeń, a mała iskierka nadziei została zepchnięta na dno serca.
            Kobieta westchnęła cicho i rozpoczęła codzienną rutynę.
            Najpierw przeglądała się w lustrze, sprawdzając czy wygląda przyzwoicie. Musiała przecież dbać o to, żeby Adam zaraz po obudzeniu ujrzał swoją dawną Justyś, a nie jakieś chuchro. W przeciwieństwie do męża, czas nie omijał jej szerokim łukiem, czego dowodem były pogłębiające się z dnia na dzień zmarszczki. Jedynie włosy w kolorze jasny blond, których zawsze chciała się pozbyć, jak na złość nie chciały siwieć.
            Później nastawiała radio i zabierała się za sprzątanie. Ścierała kurze, poprawiała pościel, podlewała kwiaty. Wszystko musiało być gotowe.
            Punktualnie o godzinie siódmej piętnaście w drzwiach stawała pielęgniarka, której zadaniem było sprawdzić wszystkie parametry Adama i zmienić kroplówkę. Justyna nigdy nie zamieniła z nią żadnego słowa... Wydawała się być tak szczęśliwa. Za szczęśliwa.
            - Dziś jest piątek, pani Malecka.
            Rutyna została złamana. Justyna prawie przewróciła się na swoim krzesełku. Na tym samym, na którym zawsze siedziała i pilnowała, aby jej mężowi nie stała się żadna krzywda.
            - Wiem - odparła sucho. - Co z tego?
            - Siostra oddziałowa kazała powiedzieć mi, że dziś przyjeżdża do nas wybitnej klasy neurolog. Możliwe, że to on będzie potrafił pomóc pani mężowi.
            - A jeśli nie, to co? Nie chcę go widzieć! - wrzasnęła i rzuciła tacą stojącą na szafce nocnej. - Nie chcę tracić resztek nadziei...
            Pielęgniarka wyszła. Łamiąc rutynę, przypadkiem złamała też tę, która to wszystko stworzyła. Która nie miała już sił, aby dalej walczyć, ale wciąż powtarzała sobie, że może to właśnie następnego dnia Adam otworzy oczy. Teraz nie pozostawało jej nic. Mogła tylko szlochać... Została brutalnie obdarta ze wszelkich złudzeń. A przecież to było jedyne, co miała.
            Drzwi sali otwarły się ponownie i weszła przez nie starsza kobieta w habicie.
            - Nie bój się dziecko... - powiedziała. - Bóg cię uratuje.
            - Boga nie ma - odparła gorzko Justyna. - To tylko wymysł ludzi. A jeśli jest... To ma okrutne poczucie humoru.
            Staruszka pokiwała tylko głową. Spojrzała na zapłakaną Malecką, a w jej oczach czaił się dziwny blask. Tak jakby wiedziała o czymś, o czym nikt inny nie miał pojęcia.
            - Wiem, że życie potrafi przynieść wiele bólu - powiedziała. - Ale kiedyś wszystko zostanie ci wynagrodzone, dziecko.
            - Kiedy?! - krzyknęła. - Kiedy?! Gdy nie będę już mogła chodzić? Będę się wtedy cieszyć, że Adam będzie leżał przy mnie, tak? Co z tego, że w cholernej śpiączce?! Co z tego?! Mam się radować? Daj mi powód! Daj mi jakiś powód.
            Justyna wybiegła z sali, nie mogąc dłużej patrzeć na uśmiechniętą i ufną twarz zakonnicy.
***
            Szpital przy ulicy Paderewskiej był miejscem, które oferowało dużo kryjówek, idealnych, gdy szukało się miejsca do wyciszenia. Justyna zawsze w takich momentach odwiedzała bibliotekę. Nie, nie wierzyła w Boga. Odkąd pamiętała, była zdeklarowaną ateistką-egoistką. Później jednak spotkała Adama... Dla niego postanowiła się zmienić. Przeżyli razem zaledwie pięć lat, szczęśliwych, dostatnich... Pięknych. Późniejszy wypadek zabrał Justynie wszystko, co miała. Spokój, stabilizację, bezpieczeństwo. Bóg jej to zabrał! On nie miał litości nawet dla tego, który codziennie z uśmiechem szedł na Mszę Świętą i starał się żyć w zgodzie z przykazaniami.
            Wielokrotnie zastanawiała się, dlaczego to właśnie jej mąż musiał zostać wtedy ranny? Dlaczego nie mogła to być ona? Adam w takiej sytuacji dałby sobie radę... Nic nie byłoby w stanie zgasić jego wiary, jego nadziei. Justyna powoli wypalała się, wpadała w obłęd. Nie potrafiła określić tego, co działo się w jej duszy.
            - Dzień dobry - powiedziała bibliotekarka. - Coś podać?
            - Nie, dziękuję - mruknęła i zdobyła się na uśmiech. - Sama spróbuję coś wyszukać.
            Od dziecka lubiła czytać. Uspokajało ją to... Mogła żyć nie swoim życiem. Stawała wtedy przed sztucznymi problemami, podejmowała sztuczne decyzje i zawsze wszystko kończyło się dobrze.
            Z uśmiechem zauważyła oprawiony w czerwoną skórę tomik poezji "Wiersze zebrane". Szybko wyciągnęła książkę i usiadła przy stoliku. Gdy tylko przewróciła pierwszą stronę, wysłużone dzieło otworzyło się na stronie 44.
Wiersz z banałem w środku
nie bój się chodzenia po morzu
nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo
przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki
bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas
            W pierwszym odruchu chciała odrzucić książkę jak najdalej od siebie. Znów dopadło ją to gadanie o Bogu, bez żadnych dowodów. Jednak nie miała już sił. Po prostu zaczęła analizować wers po wersie. Wszystko tak dobrze opisywało jej życie.
            Idąc przez życie obawiała się wszystkiego. Nie miała kogoś, komu mogłaby zaufać, więc  całą winę zrzucała na Boga, nie była w stanie akceptować wszystkiego. To, czego doświadczała od dziecka nauczyło ją walki o swoje. A może powinna przyjąć sytuację taką, jaka jest. Nie powinna tracić nadziei. Wystarczyłoby, gdyby walkę zostawiła komuś innemu. Przecież... I tak nie mogła niczego zmienić.
            - Tak bardzo chciałabym ci zaufać, Boże - wyszeptała. - Ale nie wiem jak.
            Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza, a Justyna po raz kolejny utonęła w myślach księdza Jana Twardowskiego.
***
trzy miesiące później
            Pogrzeb był cichy i skromny. Tak samo jak osoba, którą chowano. "Bóg tak chciał" wyryto na płycie grobu. I tak chyba w rzeczywistości było.
            Justyna nie płakała. Wiedziała, że Adamowi będzie tam lepiej. On dbał o nią tak, jak  nigdy... Odszedł dopiero wtedy, gdy zrozumiała sens życia. Dopiero wtedy uznał, że może ją zostawić samą, że da sobie radę.
            Kobieta poprosiła jeszcze, aby u podstaw grobu wyryto jeszcze jeden napis: "To, co nas spotyka, przychodzi spoza nas..." i odeszła. Trzeba żyć dalej i pamiętać tylko to, co było dobre.

0 komentarze:

Prześlij komentarz