Bez celu.


Emocjonalnie. Nie jestem w stanie ocenić poprawności tego tekstu, więc za wszystkie błędy przepraszam. Gdy to pisałam, bardziej liczyła się autentyczność, mam nadzieję, że udało mi się chociąż trochę. 
 Bez celu
Budzisz się, leniwie spoglądając na zegarek. W pół do dwunastej. Marszczysz brwi, zastanawiając się, co tu robić. Czy spróbować zasnąć jeszcze na jakiś czas, czy odważnie i walecznie stawić czoła światu. A, tak. Przykładasz głowę do poduszki, próbując znów uciec do krainy bezistnienia. Daremnie. Promienie słońca padające na twoją twarz mają takie samo zdanie. Nic z tego, nie tym razem. Teraz musisz pokazać swoją siłę.
                Śmiejesz się w myślach z samej siebie. Siłę? Jesteś najsłabszą, najbardziej żałosną istotą, jaką znasz. Gotową prosić, żebrać o okruchy uwagi. Mimo, że wiesz, że i tak nic nie dostaniesz. Oddałaś całą siebie, duszę, myśli, wszystko. Teraz nie masz nic. I uświadamiasz sobie, że wszystko, czego byś nie zrobiła będzie bezcelowe. Całe twoje życie – bez celu.
Bo cel miałaś jeszcze tydzień temu, gdy wierzyłaś. Gdy gdzieś w głębi ciebie tliła się nadzieja na lepsze jutro. Byłaś gotowa to przetrzymać, byłaś gotowa walczyć dalej. Wiedziałaś o co walczysz. O uczucie, którego już nigdy nie przyjdzie ci zaznać. O szczęście, które nigdy nie było ci dane. O człowieka, dla którego gotowa jesteś zrobić wszystko, bez względu na cenę. Chciałaś walczyć o was. Ale lustro pękło. Jesteś już po drugiej stronie, a próba sklejania ostrych odłamków jest bezcelowa. Możesz się tylko jeszcze bardziej pokaleczyć.
Próbujesz wbić sobie to do głowy. Mentalnie stawiasz wielką czerwoną tabliczkę „NIE DOTYKAĆ”. Ale cóż z tego, gdy w każdym kawałku widzisz odbicie najlepszych chwil swojego życia. Tak mało potrzeba było, aby uczynić cię perfekcyjnie szczęśliwą. Tak wiele trzeba będzie, abyś w końcu zrozumiała, że to jednak nie były twoje chwile, a zwykły eksperyment, który miał prawo się nie udać. Nie potrafisz czuć nienawiści. A chciałabyś, bo byłoby ci łatwiej. Zbyt mocno kochasz, choć dobrze wiesz, że to donikąd nie prowadzi. Twoja miłość jest jak twoje życie. Bez celu.
A mimo to, nie potrafisz podjąć ostatecznej decyzji. Jest zbyt wielu ludzi, których mogłabyś skrzywdzić. Oni są z tobą bez względu na wszystko. W każdym razie teraz są. Zapewne, niedługo odejdą przytłoczeni całym tym bałaganem, który panuje w twojej głowie. Ale póki są, nie możesz ich krzywdzić. Przecież starasz się być lepszą, dla niego. Chciałabyś, aby zobaczył, że ty też możesz być wartościowym człowiekiem, a nie tylko egoistką, która wieczorami włóczy się z chłopakami po parkach. Chciałabyś, aby dostrzegł w tobie kobietę, być może za tobą zatęsknił. Ale to jest, jak już dobrze wiesz, bezcelowe. I także, cholernie egoistyczne.
Podnosisz się z łóżka, lekko zataczając. Ach, faktycznie. Jeden-dwa posiłki dziennie przez dłuższy okres czasu nie są dobrą dietą. Cały poprzedni tydzień chorowałaś, teraz musisz wziąć się w garść. Obiecałaś, a ty nie łamiesz danego słowa. Mimowolnie przypominają ci się wszystkie jego kłamstwa. Nigdy mi się nie znudzisz. Z sekundy na sekundę uświadamiam sobie jak bardzo cię kocham. Nie oddam cię nikomu. Będziemy razem, już na zawsze. Kochanie, nigdy mnie nie zostawiaj.
Ty byłaś gotowa dotrzymać każdego pojedynczego słowa. Byłaś gotowa być tym, kim on chciał, żebyś była. Byłaś gotowa poświęcić własną dumę, poświęcić własne marzenia. Tak mocno kochałaś. Kochasz nadal i wątpisz, żeby to szybko przeminęło. Będziesz czekać, w końcu jesteś Nadzieją. Będziesz czekać i cierpieć, nic innego nie potrafisz. Będziesz płakać, mimo że to wszystko jest bezcelowe.
Wychodzisz na dwór, błąkając się bez celu po znajomych miejscach. Nieświadomie idziesz tam, gdzie mogłabyś być sama. Chcesz płakać, krzyczeć, wyć. Chcesz, ale nie możesz. Bo twój ból jest jeszcze większy. Więc po prostu siedzisz na małej ławeczce nad rzeką i wpatrujesz się w brudną taflę. Chcesz być niczym, chcesz się stopić z przyrodą. Pragniesz, rozpaczliwie pragniesz ukojenia. Ale nic nie jest w stanie ci go zaoferować. Nagle uświadamiasz sobie, że minął cały dzień. Kolejny dzień czekania. Jeszcze trzy i będziesz mogła zacząć się tak naprawdę przyzwyczajać. Jeszcze trzy i będziesz mogła zabić w sobie ostatnią iskierkę nadziei. Kiedyś to ty byłaś dla niego Nadzieją. Ponoć umiera ostatnia. Dasz sobie radę, ale… nie będziesz nią już nigdy dla nikogo.
Wracasz do domu, unikając natarczywych wspomnień domowników. Wiesz, że się martwią, ale nie umiesz się otworzyć na tyle, aby wszystko wytłumaczyć. Po prostu, nie wiesz, w jaki sposób przerwać ten krąg tajemnic. Jeszcze nie teraz, jeszcze to wszystko jest zbyt trudne, a ty zbyt tchórzliwa. Może kiedyś. Zresztą, wtedy to i tak będzie bezcelowe.
Siadasz ostrożnie przy biurku i wyciągasz kartkę papieru. Nie wiesz, dlaczego, ale cały ten dzień zastanawiałaś się nad swoim ulubionym fragmentem pewnej książki. Na temat definicji miłości. Bo czym tak naprawdę jest miłość?
Miłość to takie coś, co sprawia, że masz ochotę budzić się rano, bo wiesz, że wtedy ujrzysz twarz ukochanej osoby. Gdy cały dzień w twoich myślach jest tylko ta jedna osoba. Gdy martwisz się o nią bez konkretnego powodu. Gdy chciałabyś poświęcić dla niej wszystko, łącznie ze swoim szczęściem. Gdy na wiadomość, że to już koniec, odpowiadasz: „Chciałabym, żebyś był szczęśliwy, ja sobie dam radę”. Gdy wszystko jest dobrze. Gdy nic nie jest w stanie cię złamać. Gdy masz po co żyć.
Miłość jest wtedy, gdy twoje życie nie jest… bez celu.

Pułapka


Pisane na kolejny konkurs. Nic nie zajęło, ale mam sentyment, może przez to jak bardzo szaleję na punkcie utworów Rahima, a jeden z nich był właśnie inspiracją do tego opowiadania. Zapraszam do czytania i prooooszę o komentarze :) żebym wiedziała, co robię dobrze, a co źle.

Pułapka

            "Pamiętam ten dzień jak dziś.
         Na szczęście nie odziedziczyłem takich cech.
         Spojrzałeś na synka powiedziałeś: "Peace.",
         Aby odejść z dziwką, która zostawiła trzech.
         Dzięki za tą całą karuzelę,
         Za czarny scenariusz odziany w pastele.
         Mam tu w zamian słowo na niedzielę,
         Dla mnie jesteś tylko płodzicielem!"
                                                                    Rahim, "Padrone"

         Pamiętasz ten dzień dokładniej niż wszystko inne. Dokładniej nawet niż to, co robiłeś wczoraj. Wielokrotnie odtwarzałeś tę scenę w swoim umyśle, umacniając się w nienawiści do ojca. I choć wiesz, że to chore, wciąż nie czujesz się gotów, aby mu przebaczyć. To kolejny raz, kiedy zaciskasz pięści, starając się powstrzymać palące łzy. Przeszłość uderza w ciebie ze zdwojoną siłą.
***
         Znowu masz pięć lat i siedzisz przy kuchennym stole. Z ciekawością obserwujesz kropelki tłuszczu pływające po powierzchni zupy, zastanawiając się dlaczego nie chcą zniknąć. I choć zaledwie trzy minuty temu mama prosiła cię, abyś choć spróbował pomidorowej, nie masz najmniejszego zamiaru jeść "tego czerwonego". W tym momencie jesteś obrażony na cały świat, a w szczególności na tatę.
         Dzisiaj są twoje urodziny. Obiecał, że wróci po pracy i weźmie cię do ZOO w Chorzowie. Jeszcze nigdy tam nie byłeś, więc czułeś się niezwykle podekscytowany na myśl o tej wycieczce. Byłeś tak szczęśliwy, zaledwie kilka godzin temu. Co piętnaście minut pytałeś mamę, gdzie jest tatuś. Ale on nie przychodził, wciąż i wciąż. A ty powoli zaczynałeś rozumieć. Teraz już wiesz. I wcale nie czujesz się z tym lepiej. W końcu nie wytrzymujesz i zaczynasz płakać.
         - Kochanie, co się stało? - pyta cię matka.
         - N-nic - odpowiadasz. - Tatuś nie przyjdzie, prawda? Moje u-u-urodzinki!
         Zaczynasz się dusić. Uderzasz pięściami w blat stołu, przypadkiem rozlewając zupę. Jednak mama nawet nie zwraca na to uwagi, tylko próbuje cię uspokoić. To na nic. Wyrywasz jej się i biegniesz do pokoju. Kiedyś cieszyłeś się, że nie masz swojego łóżka i wciąż możesz spać przy mamie, bo zawsze się przy niej uspokajałeś. Ale teraz, mimo swoich pięciu lat dorosłości, chcesz, żeby nikt cię nie mógł znaleźć. Czujesz gdzieś przy serduszku taki dziwny uścisk. Już nie płaczesz, tylko trzęsiesz się, siedząc na podłodze obok kaloryfera.
         Drzwi otwierają się i dostrzegasz w nich uśmiechniętą twarz ojca. Nie rozumiesz, dlaczego jest taki ucieszony. Po chwili zauważasz duży pakunek w jego rękach.
         - Spóźniłeś się - szepczesz z wyrzutem, ale twoja nadzieja na wyjście do zoo wraca. - Pójdziemy?
         - Nie dziś, synku - odpowiada ojciec. - Proszę, to twój urodzinowy prezent. Ja muszę iść do pracy.
         Wyszedł, zostawiając cię samego. Słyszysz dźwięki kłótni dochodzące z kuchni, ale nie ruszasz się ze swojego cichego kąta. Czujesz, że stało się coś złego. Trzaśnięcie drzwiami sprawia, że aż podskakujesz. Nie rozumiesz, co się dzieje. Nagle do pokoju wpada zapłakana mama i przytula cię mocno. Bezpieczeństwo. W jej uścisku zapominasz o wszystkim, bo wiesz, że nikt cię nie zrani. Z zadowoleniem przytulasz się do pachnących kwiatami blond włosów. Wszystko będzie dobrze, myślisz sobie.
***
         Dwadzieścia lat później siedzisz w tym samym mieszkaniu, w tym samym kącie. Już nie jesteś naiwnym dzieckiem, którego problemy znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Znasz doskonale dalszy ciąg tamtej historii. Tatuś nie wrócił, myślisz z goryczą. Wszystko posypało się jak domek z kart. Wiesz, że to właśnie ojciec był tym, który popchnął pierwszą kartę. Twoje życie legło w gruzach.
         Zmieniłeś się od tamtego czasu. Z dnia na dzień coraz bardziej przepełniała cię myśl o tym, że żyjesz tylko dla tej zemsty. Dziś masz dwadzieścia pięć lat i jesteś już tego pewien. Nie masz żadnych innych planów, żadnych ambicji, żadnej przyszłości. Wiesz tylko, że musisz za wszelką cenę zemścić się na tym człowieku za to, co zrobił mamie. Już nawet w myślach nie nazywasz go ojcem. Ten człowiek jest dla ciebie całkiem obcą osobą.
         To przez niego nie założyłeś rodziny. To przez niego utraciłeś całą swoją dziecięcą wrażliwość. To przez niego twoja najukochańsza mama wylądowała na oddziale psychiatrycznym. To przez niego byłeś sam przez całe życie. Przez niego.
         Podnosisz się z podłogi, po czym otrzepujesz ubrania. W tym momencie jesteś istotą całkowicie wypraną ze wszystkich pozytywnych emocji. Już nie pamiętasz swojego śmiechu. Z rozrzewnieniem dotykasz starych ścian, zaledwie muskając je opuszkami palców. Zdajesz sobie sprawę, że już dawno powinieneś wyremontować to stare mieszkanie, ale nie potrafiłbyś zniszczyć pamiątki po tych kilku szczęśliwych latach swojego życia.
         Wychodzisz z domu, zamykając go uprzednio na wszystkie spusty. Idąc znajomymi uliczkami, odzywa się u ciebie coś na kształt sumienia. Zagłuszasz je bezczelnie, wtykając do uszu słuchawki. Liczy się tylko zemsta.
***
         Jesteś pod jego domem. Wpadasz w złość, widząc, czego dorobił się na twoim nieszczęściu. I nawet wysoki, żeliwny płot nie jest w stanie cię zatrzymać. Tak bardzo tego pragniesz. Chcesz go zniszczyć. Chcesz, aby przez chwilę czuł się tak jak ty. Gładzisz palcem jedną z wielu blizn na nadgarstku. Już wkrótce.
         I nawet pogoda tego dnia ci sprzyja. Czujesz się jak w kinie podczas oglądania horroru. Jesteś jednym z aktorów. Zawsze lubiłeś burzę, bo idealnie oddawała to, co działo się w twojej duszy. Teraz jest tak samo - z lubością obserwujesz słabe liście klonu zmagające się z siłą bezwzględnego wiatru. Widzisz krople deszczu, które kończą swoją wędrówkę na maskach nowoczesnych samochodów, wygrywając dziwną melodię potępienia. Czekasz z niecierpliwością na sygnał od reżysera, aby wreszcie pozwolił ci wejść i odegrać ćwiczoną od wielu lat kwestię.
         Nie wzdrygasz się nawet, gdy błyskawica przecina niebo. To twój czas.
         Naciskasz dzwonek wielokrotnie, nie siląc się nawet na subtelność. Maltretujesz przycisk, podczas gdy orzeźwiające krople, jedna po drugiej, spływają ci po twarzy.
         - Kto tam? - słyszysz nieprzyjemny, gburowaty głos i jesteś już pewien, że to on.
         - Przepraszam, jestem pracownikiem zakładu energetycznego, przyszedłem sprawdzić stan liczników - odpowiadasz pewnie; już od dawna miałeś to wszystko zaplanowane.
         Furtka otwiera się. Kierujesz się w stronę budynku, a w głowie kłębią ci się różne myśli. Spychasz je wszystkie na bok, to nie jest odpowiedni czas. Przyszedłeś po to, żeby dokonać sądu. Już nawet znasz wyrok. Otwierasz drzwi i ciekawie rozglądasz się po jasnym hallu. Dochodzisz do wniosku, że jest tutaj zbyt ładnie, zbyt spokojnie, zbyt ciepło. Ty nigdy nie miałeś szansy na taki dom.
         - Czego pan chce? Przeca mówiłem, że liczniki są na zewnątrz.
         Wciągasz go do niewielkiego pomieszczenia i zamykasz drzwi. Jesteś gotów.
         - Witaj, tato - mówisz. - To ja, Artur. Ten sam, którego porzuciłeś dwadzieścia lat temu...
         Twoje słowa są pełne goryczy i niezwykłego jadu, gdy opowiadasz szczegół po szczególe historię swojego nieudanego życia. Obarczasz go winą za każdą łzę matki, każdą chwilę, którą spędziłeś w samotności, za wszystko. Przestajesz zwracać uwagę na słowa, gdy dajesz upust emocjom. Klniesz tak jak nigdy, coraz bardziej podnosząc głos.
         - Przepraszam cię, dziecko.
         Słowa ojca docierają do ciebie po chwili, działając jak czerwona płachta na byka. Rozjuszony, łapiesz go za przód eleganckiej marynarki. Jesteś dużo silniejszy, a przy tym pozbawiony skrupułów. Sytuacja zaczyna wymykać ci się spod kontroli.
         - Wiesz co to ból? - dyszysz. - Wiesz? Jesteś zwykłym śmieciem. Zostawiłeś mnie i mamę dla tej blond suki, która pewnie urodziła ci nowe dziecko, co? Lepsze, bo w końcu ja byłem tylko błędem. Zwykłą pomyłką, którą można było wyrzucić w kąt? NIENAWIDZĘ CIĘ!!!
         Oddychasz ciężko, próbując opanować rozszalałe nerwy. Nie, powtarzasz sobie, nie możesz go zabić. Twoja zemsta ma na celu zupełnie coś innego. Puszczasz ojca i wybiegasz z budynku. Krew pulsuje ci w żyłach, gdy z zawrotną prędkością pokonujesz imponujących rozmiarów plac.
         Już jesteś przy samej furtce, gdy praktycznie zderzasz się z kimś innym. Podświadomie klasyfikujesz przeszkodę jako bezbronne dziecko. Rzuciwszy na nie okiem, dostrzegasz znajome rysy u siedmioletniej blondynki. Jej miodowe oczy są bliźniaczo podobne do twoich. Chcesz uciec, ale coś nie pozwala ci biec dalej. Twoje serce jest w tym momencie rwane na sto tysięcy małych kawałeczków. Zaciskasz zęby i przepuszczasz dziewczynkę.
         Już wiesz, że wpadłeś w pułapkę.
         Zdajesz sobie sprawę z tego, że twoja zemsta nigdy się nie dokona.
         Dawna obietnica wraca do ciebie, wywołując na twojej twarzy pierwszy od wielu miesięcy uśmiech. Przysięgałeś, że nigdy nie zniszczysz dzieciństwa żadnemu dziecku.
         Śmiejesz się jak szaleniec siedząc na betonowym murku. Wszędzie dookoła panuje burza, ale wydajesz się tego nie zauważać. Spoglądasz w szpitalne okno i, szepcąc niewyraźne przeprosiny, czujesz, że coś w twoim życiu zmieniło się na lepsze.

Pierwsze opowiadanie, jakie tutaj zamieszczę. ;) Zostało napisane na konkurs poświęcony twórczości ks. Twardowskiego. Zapraszam do przeczytania i czekam na Wasze opinie.
Jako tło muzyczne, polecam puścić sobie tę piosenkę: 

To, co nas spotyka...
...przychodzi spoza nas.

            Słońce powoli znikało za widnokręgiem, po raz kolejny odtwarzając swój spektakl. Za każdym razem zachodziło tak samo - powoli, majestatycznie, z gracją. Było niczym prezentująca swe uroki panna - piękne, ale nieosiągalne. Wkrótce jednak całkowicie zniknęło i  nad światem zapanowała ciemność.
            W małej, sterylnej sali szpitalnej siedziała kobieta. Jej dłoń spoczywała na ręce śpiącego mężczyzny, a wokół panowała prawie idealna cisza.
            Po twarzy kobiety spływały pojedyncze łzy. Nie miała pojęcia jak długo potrwa cała sytuacja, ale przecież przysięgała... "I, że cię nie opuszczę, aż do śmierci". Spojrzała na twarz leżącego mężczyzny i uśmiechnęła się lekko. To dopiero trzy dni. Jeszcze są duże szanse na to, że się obudzi.
            Krople deszczu zaczęły nagle z niezwykłą zaciekłością uderzać w szybę, jakby szydząc z jej myśli.
***
Dwa i pół roku później...
            Pik. Pik. Pik.
            Justyna zacisnęła pięść, po raz kolejny marząc o zbiciu tego pikającego urządzenia. Przecież to nawet świętego wyprowadziłoby z równowagi. Jedynym, co powstrzymywało ją od zdemolowania połowy szpitalnego wyposażenia była troska o życie męża. W innym wypadku...
            Spojrzała ponuro przez okno i powoli podniosła się ze swojego fotela.
            - Dzień dobry, kochanie - powiedziała cicho.
            Ale mężczyzna, pogrążony w głębokim śnie, ani myślał odpowiedzieć. Jego twarz była jak wykuta z kamienia - jej wyraz nie zmienił się od ponad dwóch lat. Był wciąż tak samo blady jak wtedy, kiedy ujrzała go po raz pierwszy, zaraz po operacji. Tyle, że wtedy jeszcze wierzyła w jakieś pozytywne zakończenie. Po tak długim czasie pozbyła się złudzeń, a mała iskierka nadziei została zepchnięta na dno serca.
            Kobieta westchnęła cicho i rozpoczęła codzienną rutynę.
            Najpierw przeglądała się w lustrze, sprawdzając czy wygląda przyzwoicie. Musiała przecież dbać o to, żeby Adam zaraz po obudzeniu ujrzał swoją dawną Justyś, a nie jakieś chuchro. W przeciwieństwie do męża, czas nie omijał jej szerokim łukiem, czego dowodem były pogłębiające się z dnia na dzień zmarszczki. Jedynie włosy w kolorze jasny blond, których zawsze chciała się pozbyć, jak na złość nie chciały siwieć.
            Później nastawiała radio i zabierała się za sprzątanie. Ścierała kurze, poprawiała pościel, podlewała kwiaty. Wszystko musiało być gotowe.
            Punktualnie o godzinie siódmej piętnaście w drzwiach stawała pielęgniarka, której zadaniem było sprawdzić wszystkie parametry Adama i zmienić kroplówkę. Justyna nigdy nie zamieniła z nią żadnego słowa... Wydawała się być tak szczęśliwa. Za szczęśliwa.
            - Dziś jest piątek, pani Malecka.
            Rutyna została złamana. Justyna prawie przewróciła się na swoim krzesełku. Na tym samym, na którym zawsze siedziała i pilnowała, aby jej mężowi nie stała się żadna krzywda.
            - Wiem - odparła sucho. - Co z tego?
            - Siostra oddziałowa kazała powiedzieć mi, że dziś przyjeżdża do nas wybitnej klasy neurolog. Możliwe, że to on będzie potrafił pomóc pani mężowi.
            - A jeśli nie, to co? Nie chcę go widzieć! - wrzasnęła i rzuciła tacą stojącą na szafce nocnej. - Nie chcę tracić resztek nadziei...
            Pielęgniarka wyszła. Łamiąc rutynę, przypadkiem złamała też tę, która to wszystko stworzyła. Która nie miała już sił, aby dalej walczyć, ale wciąż powtarzała sobie, że może to właśnie następnego dnia Adam otworzy oczy. Teraz nie pozostawało jej nic. Mogła tylko szlochać... Została brutalnie obdarta ze wszelkich złudzeń. A przecież to było jedyne, co miała.
            Drzwi sali otwarły się ponownie i weszła przez nie starsza kobieta w habicie.
            - Nie bój się dziecko... - powiedziała. - Bóg cię uratuje.
            - Boga nie ma - odparła gorzko Justyna. - To tylko wymysł ludzi. A jeśli jest... To ma okrutne poczucie humoru.
            Staruszka pokiwała tylko głową. Spojrzała na zapłakaną Malecką, a w jej oczach czaił się dziwny blask. Tak jakby wiedziała o czymś, o czym nikt inny nie miał pojęcia.
            - Wiem, że życie potrafi przynieść wiele bólu - powiedziała. - Ale kiedyś wszystko zostanie ci wynagrodzone, dziecko.
            - Kiedy?! - krzyknęła. - Kiedy?! Gdy nie będę już mogła chodzić? Będę się wtedy cieszyć, że Adam będzie leżał przy mnie, tak? Co z tego, że w cholernej śpiączce?! Co z tego?! Mam się radować? Daj mi powód! Daj mi jakiś powód.
            Justyna wybiegła z sali, nie mogąc dłużej patrzeć na uśmiechniętą i ufną twarz zakonnicy.
***
            Szpital przy ulicy Paderewskiej był miejscem, które oferowało dużo kryjówek, idealnych, gdy szukało się miejsca do wyciszenia. Justyna zawsze w takich momentach odwiedzała bibliotekę. Nie, nie wierzyła w Boga. Odkąd pamiętała, była zdeklarowaną ateistką-egoistką. Później jednak spotkała Adama... Dla niego postanowiła się zmienić. Przeżyli razem zaledwie pięć lat, szczęśliwych, dostatnich... Pięknych. Późniejszy wypadek zabrał Justynie wszystko, co miała. Spokój, stabilizację, bezpieczeństwo. Bóg jej to zabrał! On nie miał litości nawet dla tego, który codziennie z uśmiechem szedł na Mszę Świętą i starał się żyć w zgodzie z przykazaniami.
            Wielokrotnie zastanawiała się, dlaczego to właśnie jej mąż musiał zostać wtedy ranny? Dlaczego nie mogła to być ona? Adam w takiej sytuacji dałby sobie radę... Nic nie byłoby w stanie zgasić jego wiary, jego nadziei. Justyna powoli wypalała się, wpadała w obłęd. Nie potrafiła określić tego, co działo się w jej duszy.
            - Dzień dobry - powiedziała bibliotekarka. - Coś podać?
            - Nie, dziękuję - mruknęła i zdobyła się na uśmiech. - Sama spróbuję coś wyszukać.
            Od dziecka lubiła czytać. Uspokajało ją to... Mogła żyć nie swoim życiem. Stawała wtedy przed sztucznymi problemami, podejmowała sztuczne decyzje i zawsze wszystko kończyło się dobrze.
            Z uśmiechem zauważyła oprawiony w czerwoną skórę tomik poezji "Wiersze zebrane". Szybko wyciągnęła książkę i usiadła przy stoliku. Gdy tylko przewróciła pierwszą stronę, wysłużone dzieło otworzyło się na stronie 44.
Wiersz z banałem w środku
nie bój się chodzenia po morzu
nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo
przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki
bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas
            W pierwszym odruchu chciała odrzucić książkę jak najdalej od siebie. Znów dopadło ją to gadanie o Bogu, bez żadnych dowodów. Jednak nie miała już sił. Po prostu zaczęła analizować wers po wersie. Wszystko tak dobrze opisywało jej życie.
            Idąc przez życie obawiała się wszystkiego. Nie miała kogoś, komu mogłaby zaufać, więc  całą winę zrzucała na Boga, nie była w stanie akceptować wszystkiego. To, czego doświadczała od dziecka nauczyło ją walki o swoje. A może powinna przyjąć sytuację taką, jaka jest. Nie powinna tracić nadziei. Wystarczyłoby, gdyby walkę zostawiła komuś innemu. Przecież... I tak nie mogła niczego zmienić.
            - Tak bardzo chciałabym ci zaufać, Boże - wyszeptała. - Ale nie wiem jak.
            Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza, a Justyna po raz kolejny utonęła w myślach księdza Jana Twardowskiego.
***
trzy miesiące później
            Pogrzeb był cichy i skromny. Tak samo jak osoba, którą chowano. "Bóg tak chciał" wyryto na płycie grobu. I tak chyba w rzeczywistości było.
            Justyna nie płakała. Wiedziała, że Adamowi będzie tam lepiej. On dbał o nią tak, jak  nigdy... Odszedł dopiero wtedy, gdy zrozumiała sens życia. Dopiero wtedy uznał, że może ją zostawić samą, że da sobie radę.
            Kobieta poprosiła jeszcze, aby u podstaw grobu wyryto jeszcze jeden napis: "To, co nas spotyka, przychodzi spoza nas..." i odeszła. Trzeba żyć dalej i pamiętać tylko to, co było dobre.

Cześć. ;) 
I w tym momencie wszystkie moje plany legły w gruzach, gdyż zwyczajnie brak mi pomysłu, jak zacząć. Początki bywają najtrudniejsze, prawda?
Chciałam powitać wszystkich Czytelników na moim blogu. Jestem Krzysia, choć jest mi naprawdę obojętne, jak będziecie mnie nazywać. Nadzieja. Keiri. Krzysia. Nawet Krystynka. To nie ma znaczenia. Będę tu zamieszczała swoje opowiadania, wiersze, czasem przemyślenia. Mam nadzieję, że jakoś to wszystko pójdzie i ktoś czasem tutaj zajrzy. Tyle na teraz, dzisiaj postaram się wstawić jedno z moich pierwszych opowiadań, jak tylko je przejrzę i poprawię. ^^
No i na pożegnanie, jedna z ulubionych piosenek <3 


Pozdrawiam.
Krzysia... czy jak tam chcecie.