Bez celu.


Emocjonalnie. Nie jestem w stanie ocenić poprawności tego tekstu, więc za wszystkie błędy przepraszam. Gdy to pisałam, bardziej liczyła się autentyczność, mam nadzieję, że udało mi się chociąż trochę. 
 Bez celu
Budzisz się, leniwie spoglądając na zegarek. W pół do dwunastej. Marszczysz brwi, zastanawiając się, co tu robić. Czy spróbować zasnąć jeszcze na jakiś czas, czy odważnie i walecznie stawić czoła światu. A, tak. Przykładasz głowę do poduszki, próbując znów uciec do krainy bezistnienia. Daremnie. Promienie słońca padające na twoją twarz mają takie samo zdanie. Nic z tego, nie tym razem. Teraz musisz pokazać swoją siłę.
                Śmiejesz się w myślach z samej siebie. Siłę? Jesteś najsłabszą, najbardziej żałosną istotą, jaką znasz. Gotową prosić, żebrać o okruchy uwagi. Mimo, że wiesz, że i tak nic nie dostaniesz. Oddałaś całą siebie, duszę, myśli, wszystko. Teraz nie masz nic. I uświadamiasz sobie, że wszystko, czego byś nie zrobiła będzie bezcelowe. Całe twoje życie – bez celu.
Bo cel miałaś jeszcze tydzień temu, gdy wierzyłaś. Gdy gdzieś w głębi ciebie tliła się nadzieja na lepsze jutro. Byłaś gotowa to przetrzymać, byłaś gotowa walczyć dalej. Wiedziałaś o co walczysz. O uczucie, którego już nigdy nie przyjdzie ci zaznać. O szczęście, które nigdy nie było ci dane. O człowieka, dla którego gotowa jesteś zrobić wszystko, bez względu na cenę. Chciałaś walczyć o was. Ale lustro pękło. Jesteś już po drugiej stronie, a próba sklejania ostrych odłamków jest bezcelowa. Możesz się tylko jeszcze bardziej pokaleczyć.
Próbujesz wbić sobie to do głowy. Mentalnie stawiasz wielką czerwoną tabliczkę „NIE DOTYKAĆ”. Ale cóż z tego, gdy w każdym kawałku widzisz odbicie najlepszych chwil swojego życia. Tak mało potrzeba było, aby uczynić cię perfekcyjnie szczęśliwą. Tak wiele trzeba będzie, abyś w końcu zrozumiała, że to jednak nie były twoje chwile, a zwykły eksperyment, który miał prawo się nie udać. Nie potrafisz czuć nienawiści. A chciałabyś, bo byłoby ci łatwiej. Zbyt mocno kochasz, choć dobrze wiesz, że to donikąd nie prowadzi. Twoja miłość jest jak twoje życie. Bez celu.
A mimo to, nie potrafisz podjąć ostatecznej decyzji. Jest zbyt wielu ludzi, których mogłabyś skrzywdzić. Oni są z tobą bez względu na wszystko. W każdym razie teraz są. Zapewne, niedługo odejdą przytłoczeni całym tym bałaganem, który panuje w twojej głowie. Ale póki są, nie możesz ich krzywdzić. Przecież starasz się być lepszą, dla niego. Chciałabyś, aby zobaczył, że ty też możesz być wartościowym człowiekiem, a nie tylko egoistką, która wieczorami włóczy się z chłopakami po parkach. Chciałabyś, aby dostrzegł w tobie kobietę, być może za tobą zatęsknił. Ale to jest, jak już dobrze wiesz, bezcelowe. I także, cholernie egoistyczne.
Podnosisz się z łóżka, lekko zataczając. Ach, faktycznie. Jeden-dwa posiłki dziennie przez dłuższy okres czasu nie są dobrą dietą. Cały poprzedni tydzień chorowałaś, teraz musisz wziąć się w garść. Obiecałaś, a ty nie łamiesz danego słowa. Mimowolnie przypominają ci się wszystkie jego kłamstwa. Nigdy mi się nie znudzisz. Z sekundy na sekundę uświadamiam sobie jak bardzo cię kocham. Nie oddam cię nikomu. Będziemy razem, już na zawsze. Kochanie, nigdy mnie nie zostawiaj.
Ty byłaś gotowa dotrzymać każdego pojedynczego słowa. Byłaś gotowa być tym, kim on chciał, żebyś była. Byłaś gotowa poświęcić własną dumę, poświęcić własne marzenia. Tak mocno kochałaś. Kochasz nadal i wątpisz, żeby to szybko przeminęło. Będziesz czekać, w końcu jesteś Nadzieją. Będziesz czekać i cierpieć, nic innego nie potrafisz. Będziesz płakać, mimo że to wszystko jest bezcelowe.
Wychodzisz na dwór, błąkając się bez celu po znajomych miejscach. Nieświadomie idziesz tam, gdzie mogłabyś być sama. Chcesz płakać, krzyczeć, wyć. Chcesz, ale nie możesz. Bo twój ból jest jeszcze większy. Więc po prostu siedzisz na małej ławeczce nad rzeką i wpatrujesz się w brudną taflę. Chcesz być niczym, chcesz się stopić z przyrodą. Pragniesz, rozpaczliwie pragniesz ukojenia. Ale nic nie jest w stanie ci go zaoferować. Nagle uświadamiasz sobie, że minął cały dzień. Kolejny dzień czekania. Jeszcze trzy i będziesz mogła zacząć się tak naprawdę przyzwyczajać. Jeszcze trzy i będziesz mogła zabić w sobie ostatnią iskierkę nadziei. Kiedyś to ty byłaś dla niego Nadzieją. Ponoć umiera ostatnia. Dasz sobie radę, ale… nie będziesz nią już nigdy dla nikogo.
Wracasz do domu, unikając natarczywych wspomnień domowników. Wiesz, że się martwią, ale nie umiesz się otworzyć na tyle, aby wszystko wytłumaczyć. Po prostu, nie wiesz, w jaki sposób przerwać ten krąg tajemnic. Jeszcze nie teraz, jeszcze to wszystko jest zbyt trudne, a ty zbyt tchórzliwa. Może kiedyś. Zresztą, wtedy to i tak będzie bezcelowe.
Siadasz ostrożnie przy biurku i wyciągasz kartkę papieru. Nie wiesz, dlaczego, ale cały ten dzień zastanawiałaś się nad swoim ulubionym fragmentem pewnej książki. Na temat definicji miłości. Bo czym tak naprawdę jest miłość?
Miłość to takie coś, co sprawia, że masz ochotę budzić się rano, bo wiesz, że wtedy ujrzysz twarz ukochanej osoby. Gdy cały dzień w twoich myślach jest tylko ta jedna osoba. Gdy martwisz się o nią bez konkretnego powodu. Gdy chciałabyś poświęcić dla niej wszystko, łącznie ze swoim szczęściem. Gdy na wiadomość, że to już koniec, odpowiadasz: „Chciałabym, żebyś był szczęśliwy, ja sobie dam radę”. Gdy wszystko jest dobrze. Gdy nic nie jest w stanie cię złamać. Gdy masz po co żyć.
Miłość jest wtedy, gdy twoje życie nie jest… bez celu.